KULT
15.07.2006
Plaża Zachodnia
Łeba
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
13.09.2006

Wielkie nadmorskie tournee Kota & Ronniego rozpoczyna się! W planie mieliśmy do zaliczenia łącznie 3 koncerty, które miały odbyć się w 2 miejscowościach: Łebie i Świnoujściu - wszystkie w ramach imprezy Przystań Żywiec. Szczegółowy rozkład jazdy wyglądał następująco: 15 lipca Kult w Łebie, następnie 21 lipca Hey w Świnoujściu i dzień później, 22 lipca - ponownie Kult, tyle że w Świnoujściu. Wypad koncertowy połączony z wypadem wypoczynkowym - czy trzeba czegoś więcej?

Do Łeby wyruszyliśmy 14 lipca wczesnym popołudniem. Po drodze jeszcze mieliśmy kilka spraw do załatwienia, więc zjawiliśmy się na miejscu dosyć późno, bo ok. 2:00 w nocy :). Co jeszcze byłoby do przełknięcia, gdyby nie fakt, że nie mieliśmy noclegu. A o tej porze ciężko znaleźć cokolwiek, jeszcze w rozsądnej cenie. Ludzie mają to do siebie, że się wcześnie kładą spać. Po kilku nieudanych próbach odnalezienia miejsca godnego nocnego spoczynku, postanowiliśmy się udać do hotelu czynnego przez całą dobę, a do tego darmowego. Udaliśmy się na plażę. Uzbrojeni w bluzy i ręczniki, bo nikt z nas nawet nie pomyślał, by zabrać jakiś koc.

Położyliśmy się ok. 3:00 nad ranem. Obudziłem się po ok. półtorej godziny, bo obejrzeć pierwszy w swoim życiu wschód Słońca widziany z plaży. Piękny widok. No i jak piździło! Myślałem, że zamarznę, a przydałoby się przecież jeszcze trochę pospać. Na szczęście po kilkunastu minutach udało mi się jakoś rozgrzać na tyle, by znów bez telepania się zasnąć. Nie pamiętam już jak tego dokonałem, ale udało się. Ponownie obudził mnie siąpiący z nieba deszcz, a było to ok. 6:00 nad ranem. Obudziłem więc śpiącego twardo jak skała Ronniego i udaliśmy się do miasta.

Nadal było jednak za wcześnie, by szukać noclegu - całe miasto spało. Idąc więc przez nie, zbieraliśmy numery telefonów, by zatrzymać się na skwerku przy miejscowej fontannie, gdzie Ronnie postanowił dokończyć nocleg. Okazałem się zbyt wygodnicki na takie warunki - drewniana ławka była dla mnie już zbyt twarda.

Gdy nadeszła bardziej cywilizowana pora, dosyć szybko udało nam się znaleźć spanko, i to bardzo blisko plaży. Nie pozostało więc nic innego, jak wypocząć, tym razem w ciepłym i mięciutkim łóżeczku, by nabrać sił przed mającym odbyć się jeszcze tego samego dnia wieczorem koncertem Kultu.

Przystań Żywiec okazała się być bardzo sympatyczną imprezą - scena przypominająca statek (z dziobem i żaglami) wędrowała przez całe wybrzeże. Na miejscu rzecz jasna do woli raczyć można się było Żywcem. Szkoda, że cena nie była atrakcyjna, dorównywała barowym cenom w większych miastach - na takiej imprezie, na której i tak nie sposób nie zauważyć loga tej firmy, mogli sobie pozwolić na promocyjne ceny, co na pewno dodatnio wpłynęłoby na sprzedaż szlachetnego trunku na miejscu imprezy, tym bardziej, że bez problemu dało się wnieść zakupione wcześniej po normalniejszych cenach piwo sklepowe.

Przyjemny był brak odgrodzonych ogrodków piwnych, wynikający ze specyfiki miejsca - plaży :). Można było więc z plastikowym kubeczkiem podejść pod samą scenę, i spokojnie pilnować sobie miejsca, sącząć złocisty napój. Nieczęsto trafia się taki luksus na tego typu imprezach. Tak też uczyniliśmy, a przyznać trzeba, że fani Kultu zjawili się na Łebskiej plaży tego dnia bardzo licznie.

Koncert poprzedzał bezpośrednio bardzo sprawnie prowadzony konkurs na najlepiej zaśpiewaną piosenkę Kultu przez ochotnika z publiczności. Takie karaoke... bez karaoke. Można się było trochę pośmiać i dodatkowo podniosło to ekscytację wynikającą z oczekiwania na gwiazdę wieczoru.

Był to mój pierwszy koncert Kultu i muszę przyznać, że bawiłem się świetnie. Przede wszystkim, znakomita, niepowtarzalna, "kultowa" atmosfera, którą można było chłonąć już od pierwszych chwil (a koncert zaczął się od Baranka). Po drugie, znakomite brzmienie - sekcja dęta w tej kapeli to coś niepowtarzalnego. Po trzecie, na własnej skórze przekonałem się o "niezmordowaniu" Kazika jeśli chodzi o długość występu - zagrano bowiem 32 numery, a koncert trwał prawie 3 godziny. To już prawie maraton :). No i po czwarte - sam Kazik, który wielką osobowością jest.

Niesamowita rzecz wydarzyła się po koncercie. Kazik, zamiast wsiąść po zejściu ze sceny w Jeepa lub odlecieć prywatnym śmigłowcem, opuścił plażę... Jak zwykły człowiek :). Towarzyszyła mu grupka fanów, która podążała jego śladem niczym papieska pielgrzymka :). Kazimierz raz po raz zatrzymywał się, chętnie fotografując się z fanami i podpisując płyty.