![]() |
|
|---|---|
DAVID GILMOUR SETLISTA
|
RELACJA Kot To był chyba najbardziej wyczekiwany koncert roku. Być może jedyna szansa, by otrzeć się w Polsce o legendę Pink Floyd, by poczuć niepowtarzalną atmosferę tej muzyki granej na żywo (trudno za takową sposobność uznać mający miejsce dzień wcześniej wyczyn Watersa). Koncert odbywający się w kolejne swięto Solidarności. Na którym spodziewano się nawet stu tysięcy ludzi. Najważniejsze muzyczne wydarzenie w Polsce tego roku. Mam bardzo mieszane uczucia związane z tym koncertem. Nie będę dłużej trzymał w niepewności - sam koncert był kapitalny. Nie, to trzeba napisać dużymi literami - KAPITALNY. Natomiast sama organizacja... beznadziejna. Po prostu nie do wiary, że w momencie, gdy do Polski przyjeżdża muzyk tej rangi, organizatorzy dają dupy po całości. Ale może po kolei... Właśnie koleją dostaliśmy się z Sopotu do Gdańska. Miło, że w drodze na koncert i z powrotem nie trzeba było płacić za bilet. Tutaj plus dla organizatorów. Niestety, jedyny :). Bo to, co zobaczyliśmy przez szybę pociągu w Gdańsku było widokiem przerażającym. Olbrzymie kolejki, po prostu tłumy ludzi ciągnące się przez kilka ulic w mieście! Zdziwiło mnie to o tyle, że czytałem, że wejść ma być kilka, a byliśmy już dosyć późno. Skąd więc u licha takie kolejki? A raczej - dokąd? Po wyjściu z pociągu nadeszła pora by ogarnąć sytuację. Linka profilaktycznie zajęła miejsce w kolejce, a ja udałem się na przeszpiegi, by zobaczyć, dokąd prowadzi. I co się okazało... Że dwa skrzyżowania dalej (!) jest punkt wymiany biletów na opaski... Jeden mały kioseczek na sto tysięcy ludzi? Czy to jakiś niesmaczny żart? Nadmienię, że do planowanego rozpoczęcia koncertu zostało już tylko półtorej godziny. Nie trzeba być mózgiem, żeby sobie obliczyć, że nie ma szans w tym trybie, aby wszyscy ludzie przed godziną 21.00 dostali opaski i zostali wpuszczeni na sektory. Po chwili zostaliśmy poinformowani przez kogoś z obsługi, że kawałek dalej otwarte zostały dodatkowe punkty i że tam są mniejsze kolejki. No to udaliśmy się tam, faktycznie kiosków było jeszcze kilka, ale kolejki wcale jakby nie były krótsze. Doszedłem do wniosku, że nie ma co ryzykować. Wbiliśmy więc w kolejkę tuż przy punkcie wydawania opasek. Nie było to specjalnie trudne, bo w przy takim tłumie nie jest trudno się w niego wmieszać :). Zresztą, ma się praktykę :). Po chwili poszła plota, że wpuszczają już bez opasek, normalnie na bilety. Wydawałoby się to całkiem rozsądne, ale woleliśmy poczekać na potwierdzenie z ust kogoś bardziej wiarygodnego, niż zwykły gość z kolejki chcący się jak najszybciej dopchać przed siebie. Tak też się stało - gdy te same słowa padły z ust ochroniarza, zawierzyliśmy mu i bez opasek udaliśmy się pod bramę. Tam oczywiście kolejny tłum. Tym razem już nie można było ominąć kolejki, bo zwyczajnie nie było którędy. Musieliśmy więc swoje wystać w niemałym ścisku. Zabawnie wyglądały parasole wiszące zbiorowo na znaku drogowym. Gdy wreszcie przedarliśmy się przez bramki, udaliśmy się na poszukiwania toi-toiów. Spodziewałem się, że na imprezie o takim rozmachu będzie ich wszędzie dookoła dziesiątki, jeśli nie setki. Odrobinę się pomyliłem. Idziemy tak chwilę... i nie widać ani jednego. Dopiero zapytany ochroniarz wytłumaczył nam, że są one nieco ukryte, i jak należy się do nich dostać. Prowadził do nich niemalże sekretne przejście. Ale w końcu się udało. Do WC też niemała kolejka... Bo było ich tylko 6. Tak, to nie pomyłka - 6 kibli na (przewidywane) 100.000 ludzi. No dobra, żeby być uczciwym - potem po koncercie odkryliśmy jeszcze jedno miejsce, po przeciwnej stronie obiektu. Nie zmienia to faktu, że łącznie ich było 12, trochę, jakby to powiedzieć, mało. Była 20.40, a byłem przekonany, że koncert takiej gwiazdy nie może zacząć się punktualnie, więc spokojnie staliśmy w kolejce. Cóż, miałem rację. Tyle, że w drugą stronę. To, co się wydarzyło, mogłoby być złym snem... Koszmarem. Największym koszmarem fana Davida Gilmoura. Godzina 20.55, do moich uszu dociera charakterystyczne bicie serca... Słychać poruszenie wśród publiczności... Na telebimach coś się pomału rusza... Czy to możliwe? Tak, to było intro - Speak to Me. Po chwili Gilmour z zespołem pojawili się na scenie i rozbrzmiało klasyczne Breathe. Pomyślałem, że to musi być jakaś pomyłka. Ale nie była - po prostu zaczął się koncert, a David okazał się punktualny aż do przesady. Pal licho nas, byliśmy w stanie obserwować to, co się dzieje i słuchać muzyki. Ale co z tymi ludźmi, którzy wciąż stali na zewnątrz? Tak, to prawda - w chwili rozpoczęcia gigu nie wszyscy jeszcze nawet byli na obiekcie. Kpina! Podczas kolejnego utworu - kolejnego klasyka z repertuaru Pink Floyd, Time - byliśmy w drodze na swój sektor (A1 - najbliżej sceny). Następnie pozostało już tylko przebić się na tyle, na ile było to możliwe przez tłum i rozkoszować się koncertem. C.D.N.
|