![]() |
|
|---|---|
PILICHOWSKI BAND MEET & GREET
|
RELACJA Kot Trudno jest mi wyobrazić sobie lepsze zakończenie tegorocznego sezonu koncertowego. Ten wieczór to była prawdziwa uczta muzyczna, w dodatku podwójna! Co najśmieszniejsze, z początku wszystko wskazywało na to, że będzie odwrotnie... Ale po kolei. Pod górkę było od samego początku - a dokładniej od momentu, w którym kupowaliśmy bilety. Udaliśmy się po nie do Łykendu dzień wcześniej z koleżanką. Wzorem gigu z marca, chcieliśmy zarezerwować stolik, aby mieć pewność, że będziemy w samym centrum zdarzeń. Okazało się jednak, że tym razem klub nie prowadzi rezerwacji miejsc - chyba że na życzenie zespołu. Pozostało zatem w dniu koncertu po prostu zjawić się wcześniej w klubie. Tak też uczyniliśmy. Doborowa ekipa w składzie Kasia, Maciek, Ronnie, Szymek i Kot obecna była w klubie już po 18.00. O tej godzinie po klubie oprócz nas szwędali się tylko Kamil Barański i Wojtek Olszak. No, w sumie to powód udania się tam tak wcześnie był jeszcze jeden - mieliśmy trochę kuponów na piwo do zużycia :). A można było je wykorzystać tylko do godziny 19.00, a jak wiadomo piwo długo stojące nie smakuje tak dobrze jak świeżo nalane. Nie za dobrze wyglądało to, że najbliższe wolne stoliki mieściły się dopiero mniej więcej w połowie sali (po prawej stronie - za stołem mikserskim). Bliższe mieściły się tylko w lożach (te zarezerwowane dla zespołu), a po środku... było pusto. Na moje oko wyglądało to tak, jakby zostawiono tam miejsce na parkiet. Jednak nie to było najgorsze. Spore obawy zaczął budzić we mnie fakt, że bębny rozkłada... jakiś gościu. W pierwszej chwili pomyślałem sobie: "O, Agnieszka dorobiła się własnego technicznego, nieźle". Ale z biegiem czasu zaczęły docierać do mojej tępej mózgownicy fakty. Bębny były inne i ich ustawienie było inne od Agnieszkowego. Całkowicie moje wątpliwości rozwiały się, gdy gostek zaczął grać początek jednego z utworów. Zapowiadało się więc fatalnie. No bo jak to wyglądało - siedzimy z boku w loży mając daleko do sceny, do tego perspektywa ludzi tańcujących pod sceną - którzy kompletnie przysłonili by nam wszystko. A do tego wszystkiego zabrakło jednej z dwóch najważniejszych osób w składzie (szczerze, to już chyba wolałbym, żeby zabrakło Pilicha. No dobra, żartowałem :)). Gig zaczął się z tradycyjnym opóźnieniem. Warto jednak było czekać. Muzyka brzmiała jak zawsze świeżo i niezwykle energetycznie. Rewelacyjnie było usłyszeć po raz kolejny niestarzejące się Bass Talk, Message in a Bottle, Bass Dance i Nowe Buty. "Parkiet" szybko zapełnił się ludźmi, na szczęście siedzących na krzesełkach. Podczas Nowych Butów wmieszaliśmy się w tłum pod sceną, by porobić trochę fotek i nakręcić filmik. Ze zdziwienieniem zaobserwowaliśmy, że panuje tam znacznie bardziej smętna atmosfera niż na tyłach klubu! Tam nas po prostu nosiło, ludzie nie mogli usiedzieć za stolikami, a z przodu... Prawie tam spali. W tym miejscu muszę koniecznie wspomnieć o przemiłej kobiecie, która widząc, że w kuckach próbuję zrobić jakieś zdjęcia, wpuściła mnie na swoje krzesełko, a sama stanęła z tyłu. Szok, że w polskim społeczeństwie zdarzają się jeszcze takie kulturalne perełki. Wielki szacunek dla tej pani! Potem wróciliśmy na nasze miejsce, a tam atmosfera coraz gorętsza! Jak wiadomo, Pilich ma taki zwyczaj, że pod koniec gigu zawsze zachęca ludzi do zabawy w pozycjach nie-siedzących. I właśnie na tą końcówkę udaliśmy się ponownie harcować pod sceną! Po raz kolejny się zdziwiłem, gdy ludzie z trudem w ogóle ruszyli do góry swoje ociężałe dupy, nie mówiąc już o jakimkolwiek większym ruchu. No cóż. Nasza ekipa wiernie pełniła służbę na posterunku i zabawa pod sceną była po prostu fenomenalna! Sam Pilich też był niezwykle zadowolony. Opowiadał, że takiej frekwencji i aplauzu nie było na dwóch ostatnich koncertach. No cóż - po prostu była prawdziwa RADOŚĆ! :). Po gigu zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjątko z szefem, które podziwiać możecie w galerii. W trakcie meet&greetowej rozmowy z Pilichem dowiedziałem się, dlaczego Aga nie mogła się zjawić - wiadomość tą przyjąłem ze zrozumieniem, ale też niestety, ze smutkiem. Zabawy jednak nie mieliśmy dość i już w okrojonym składzie zawitaliśmy do Rury, gdzie za darmochę wbiliśmy na trwający właśnie gig pod nazwą Pluszczowisko - pamięci Andrzeja Pluszcza. Grali m.in. Piotr Baron, Zbyszek Lewandowski i Leszek Cichoński. Się działo! To było doskonałe zakończenie doskonałego koncertowego roku - najlepszego, jaki dotąd miałem. Pluszczowisko było 30 gigiem. Czy rok 2007 przebije pod tym względem ten, który właśnie mija? Nie mogę się doczekać, aż się przekonam... :)
|