AVRIL LAVIGNE
05.07.2008
Hala Stulecia
Wrocław
____________________

BILET

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
11.07.2008

Tak wiele myśli kłębi mi się w głowie w związku z tym wydarzeniem, że nawet nie wiem od czego zacząć. Może więc cofnijmy się w czasie na chwilę do roku 2005 - roku niewykorzystanych szans podsuwanych mi pod nos przez los. Jedną z takich niewykorzystanych szans był koncert Avril w katowickim Spodku. Do dziś nie mogę sobie wybaczyć karygodnego błędu, jakim było pominięcie tamtej wizyty kanadyjskiej piosenkarki w Polsce. Dlatego w tym roku postanowiliśmy nadrobić zaległości - i zaliczyć Avril aż dwa razy (o rany, żeby to zdanie rzeczywiście znaczyło to co sobie pomyśleliście!)

Tak sobie teraz pomyślałem że zapewne część osób zaglądających tutaj jest zaskoczona faktem uczestnictwa przez moją osobę w wydarzeniu muzycznym tego typu. No cóż... Trudno :)

Opowieść tę należy rozpocząć od pewnego pomysłu, który udziałem kilku osób przerodził się w spektakularną akcję skupiającą wzrok całego miasta :). Zaczęło się od mglistej idei pojawienia się na koncercie w różowych koszulkach, co wypłynęło ode mnie. Fixxxer wpadł zaś na pomysł, że warto by było coś na tej koszulce napisać - tak zrodził się pomysł na logo "Avril - Probably the best damn girl in the world" wzorowane na grafice Carlsberga. Projekt graficzny wykonał kolejny ziomek znad północno-zachodniej granicy Polski - Luk. Pozostało zlecić wyprodukowanie kilku egzemplarzy zewnętrznemu podwykonawcy :). Efekt tej grupowej pracy podziwiać możecie w galerii.

Podczas before party w moim HQ w Rynku odbyło się uroczyste pierwsze ubranie koszulek, jak również spożycie pewnej ilości napojów rozgrzewających, a to wszystko przy dźwiękach śpiewającej patronki. Gdy już doszliśmy do wniosku, że jesteśmy wystarczająco rozgrzani, udaliśmy się na wcale nie-najbliższy przystanek tramwajowy, dumnie maszerując w nowych strojach przez cały Rynek.

Nasz widok wzbudzał niemałe zainteresowanie już od chwili pojawienia się na ulicy. Ponieważ taśmowość naszych ubiorów kojarzyła się z marketingiem, w tramwaju w końcu zostaliśmy zapytani, co sprzedajemy.

Prawdziwą furorę jednak zrobiliśmy już na miejscu, w Hali Stulecia. A właśnie, nadmienić należy o spektakularnej pomysłowości na wejście do środka. Kolejka do bramek ciągnęła się na setki metrów, przechodząc mostem na drugą stronę ulicy. Tutaj trzeba było uruchomić spryt wypracowywany latami na przeróżnych imprezach masowych i... podejść do bramek i po prostu wejść.

Gdy zjawiliśmy się już na miejscu, okazało się, że płyta jest już całkiem licznie wypełniona ludnością. A przecież plan był taki, że w koszulkach zajmujemy pierwszy rząd i rzucamy Avril jej - damski XXXS - egzemplarz koszulki. Zaczęło się więc overkillowe kombinowanie. No bo jak, MY mieliśmy nie być pod sceną? :D I tak chodziliśmy w jedną i w drugą stronę, badając możliwości. Długo nie trzeba było czekać, jak żywe zainteresowanie naszą różową ekipą przyciągnęło pewne bardzo sympatyczne koleżanki, które najwyraźniej uznały, że dotrzymywanie nam towarzystwa przyniesie im jakieś profity.

Pewien niepokój wzbudził fakt istnienia odgrodzonego sektora pod sceną, do którego wpuszczono jedynie ludzi, którzy wykupili najdroższy wariant biletowy, obejmujący meet & greet i szereg innych bajerów. Nie spodziewaliśmy się jednak, że wejście do takiego sektoru będzie uniemożliwione posiadaczom zwykłych biletów na płytę (a zakupienie normalnego biletu na koncert bez pakietu VIP, a jedynie z miejscówką w tym sektorze, było niemożiwe).

Zaczęło się więc dokładne badanie sytuacji i poznawanie każdego, kogo tylko się dało, a mógł okazać się pomocny w tej sytuacji, zaczynając od całkiem sympatycznych ochroniarzy, a skończywszy na członkach ekipy technicznej Avril. Niestety, nie przynosiło to oczekiwanych rezultatów.

W międzyczasie na scenie pojawił się support - młody polski zespół Nefer. Ale nie jest to wydarzenie warte poświęcania mu osobnego akapitu w mojej relacji. Warto natomiast wspomnieć, że moment ten (bo występ był naprawdę bardzo krótki) wykorzystaliśmy na wycieczkę do baru mieszczącego się w holu, aby uzupełnić zapasy piwa w organizmie. Jakiż był nasz zawód, gdy okazało się, że na tej imprezie panuje prohibicja. Zawiedzeni wróciliśmy więc pod scenę i kontynuowaliśmy naszą krucjatę o wręczenie Avci prezentu.

Zaczepialiśmy każdego, kto dzierżył w łapsku plik niebieskich pasek na rękę, będących przepustką do upragnionego sektora. Tu pojawiła się iskierka nadziei - jedną z tych osób była bowiem osoba, którą ochrzciliśmy, z braku lepszego określenia, mianem "miłej grubaski". Niezwykle sympatyczna pani, będąca ewidentnie szychą w Avrilowym crew, była zauroczona naszą akcją. Niestety, pod scenę nie mogła nas wpuścić, nie dało się także załatwić wręczenia koszulki osobiście, gdyż było już zbyt blisko koncertu. Stanęło więc za przekazaniu koszulki do rąk miłej pani i dość wiarygodnie brzmiącej obietnicy, że zostanie ona przekazana Avril. Spotkanie zostało uwieńczone zdjęciem, na którym wyeksponowaliśmy nasze ubiory, które to zdjęcie miało również zostać pokazane szefowej.

Sytuacja była dość dramatyczna, gdyż w trakcie, gdy miła grubaska szła po aparat na backstage, słychać już było intro do koncertu. Nerwy więc rosły, bo baliśmy się, że opuścimy początek koncertu, a do tego nie będziemy pod sceną. Grubaska jednak szybko wróciła i zaraz po trzaśnięciu foty pobiegliśmy prosto pod scenę, tylko że tym razem od lewej strony. Wylądowaliśmy całkiem nieźle - po chwili byliśmy już pod samą sceną, w drugim i trzecim rzędzie od barierek!

Pomimo istnienia dodatkowego sektora pod sceną, znajdowaliśmy się w bardzo niewielkiej odległości od niej. Wszystko było świetnie zaprojektowane i mogliśmy podziwiać Avril z naprawdę niewielkiej odległości :)

Zaczęło się od największego hitu z ostatniej płyty - czyli Girfriend i marszu tancerek dzierżących w rękach charakterystyczne flagi z logo The Best Damn Thing - różowymi czaszkami. Po chwili na tyłach sceny pojawiła się (a właściwie to 'wysunęła spod ziemi') Avril! Publiczność zareagowała niezwykle żywiołowo, zaczęła się gorąca zabawa z cudowną świadomością, że jednak nie przegapiliśmy początku i znajdujemy się naprawdę blisko sceny.

Ścisk był jednak niesamowicie intensywny, przypomniały mi się czasy pierwszych koncertów Metalliki, na których człowiek też pchał się, aby być jak najbliżej barierek i musiał walczyć o przetrwanie. Tu było bardzo podobnie, a jeśli dodać do tego fakt, że Hala nie była klimatyzowana (a i powątpiewam w jakąkolwiek wentylację), a dzień był bardzo upalny, to okazuje się, że było naprawdę ciężko. Ale nie miało to jakiegolwiek znaczenia - w końcu dla Avril można przetrwać wszystko :)

Koncert zaczął się żywiołowo, a drugi kawałek także nie spuszczał z tonu - I Can Do Better. Czyli radosne, beztroskie skakanie i najlepszy wers piosenki "I will drink as much lemoncello as I can, and I'll do it again and a-ga-in" :) Potem chwilowy powrót do przeszłości i początków Avril największym hitem z pierwszej płyty - Complicated. Następnie Avril schodzi ze sceny, a zespół gra krótkie i klimatyczne intro do kolejnej piosenki - My Happy Ending z płyty Under My Skin. Avril po raz pierwszy pojawia się na scenie z gitarą elektryczną, oczywiście w różowym kolorze.

Następnie pierwsza ballada tego wieczoru - klimatyczne I'm With You z Let Go, ze świetnymi wokalizami. Trzeba przyznać, że mimo iż to już końcówka trasy po Europie, Avril była w świetnej formie wokalnej i takie kawałki jak ten wyszły rewelacyjnie. Po tej chwili refleksji nastąpił powrót do szybkich, skocznych kawałków, które Avril lubi wykonywać najbardziej. Usłyszeliśmy więc I Always Get What I Want z drugiej płyty.

Po tej piosence nastąpiła pierwsza dłuższa przerwa, a bohaterka wieczoru zjechała pod scenę, aby zmienić ubranko :) W międzyczasie zespół zagrał instrumentalną wersję jednej z piosenek Linkin Park, co zostało okraszone pokazem tanecznym grupy towarzyszącej Avril na tej trasie.

Reflektory zgasły, a na scenę wjechało różowe pianino, do którego zasiadła Avril... we fraku. Przypominającym nieco stroje Michaela Jacksona, przynajmniej mi :) Zespół, czyli tak zwane ciacha - gitarzyści, basista i perkusista stanęli obok przy mikrofonach i zapewniali chórki podczas kolejnej ballady, When You're Gone. Na telebimie zaś odtwarzane były fragmenty teledysku do tej piosenki.

Balladowy nastrój został podtrzymany piosenką Innocence, podczas której Avril przespacerowała się na prawą stronę sceny i zaśpiewała piosenkę w pozycji siedzącej. Następnie wniesiono na scenę trzy stanowiska z gitarami akustycznymi. Postawiono je na wystającym poza główną scenę podeście, będącym wyjątkowo blisko pierwszych rzędów publiczności. Stamtąd Avril także przybijała piątki fanom (niestety, na wrocławskim koncercie załapali się na to tylko ci obecni w sektorze pod sceną).

W sekcji akustycznej wykonane zostały 3 piosenki, w nieco okrojonych z jednej zwrotki wersjach: Don't Tell Me, Hot i Losing Grip. Publiczność przyjęła tą część setu bardzo owacyjnie, a podczas Hot miało miejsce zapoczątkowane przez Avril klaskanie. Piosenka została jednak dość mocno okrojona - oprócz drugiej zwrotki, zabrakło także standardowego wejścia.

Po tym fragmencie koncertu muzycy znów zeszli ze sceny na krótką przerwę, a na telebimie puszczono najnowszy klip to świeżo nagranego przez Avril coveru Bad Reputation. Teledysk zawiera montaż scen ze wszystkich jak dotąd teledysków Avril, w tym wiele wcześniej niewykorzystanych ujęć. Jak na razie, klip ten można zobaczyć tylko na koncertach na trasie The Best Damn Tour.

Avril znów pojawiła się na scenie w nowym ubranku i zaczęła się finałowa część koncertu, najbardziej energetyczne. Usłyszeliśmy praktycznie wszystkie najlepsze, najbardziej skoczne piosenki z repertuaru Avril. Zaczęło się od tytułowej piosenki z ostatniej płyty - The Best Damn Thing, podczas którego było zerżnięte z Jamesa skandowanie w stylu cheerleaderek :). Ta część kawałka została wydłużona - imię Avril było "przerabiane" aż dwukrotnie. Następnie Everything Back But You i ostry thrash metal w postaci I Don't Have to Try, znanym także pod tytułem Pants. Tutaj Avril się nie oszczędzała i zapodała fantastyczną wokalizę w stylu Creeping Death :).

Po chwili na scenę wjechał podest z kolejnym różowym instrumentem - tym razem był to zestaw perkusyjny. Avril zapytała czy "chcecie usłyszeć jak gram na bębnach?", po czym zasiadła za zestawem i zaspokoiła mój fetysz, grając i śpiewając jednocześnie piosenkę Runaway. Niestety na europejskiej części trasy nie jest wykonywany hit Toni Basil pt. Hey Mickey, na który bardzo liczyłem (bo to świetna piosenka, która zresztą była wyraźnie inspiracją Avril przy pisaniu piosenek na ostatni album).

Kolejny kawałek był w moim mniemaniu punktem kulminacyjnym koncertu - He Wasn't! Podczas wydłużonego intra Avril zabawiła się z publicznością wymuszając naprzemiennie ciszę i ataki euforii, robiąc przy tym swoje charakterystyczne słodkie minki :). Nosz kurwa, przepraszam za wulgaryzm, ale trzeba być wyjąkowym sztywniakiem, żeby coś takiego człowieka nie rozweseliło.

Pomijając jednak fakt, że jest to moja ulubiona piosenka Avril (świetne mostki z wokalizami!), to właśnie podczas tego kawałka nastąpił najbardziej magiczny dla mnie fragment koncertu. Podczas zabawy w uciszanie fanów, był moment, w którym Avril stanęła na podeście i położyła palec na buzi. W tym momencie odwróciła wzrok w lewą stronę "podscenia" i trafiła tym wzrokiem... Prosto na mnie. Nie umiem opisać tego wrażenia słowami, ale przeszły mnie w tym momencie takie ciary, że myślałem że wylecę przez sufit hali.

Po tym kawałku Avril pożegnała się i zjechała za scenę, jednak czekały nas jeszcze dwa bisy: przeróbka Girlfriend znana z wersji nagranej z Lil Mamą, podczas której mogliśmy usłyszeć Avcię rapującą (jej nawet to wychodzi uroczo :)) i na koniec kolejny "staroć", czyli Sk8er Boi, podczas którego cała płyta skakała jak opętana. Po tej piosence tym razem Avril zjechała już na dobre.

Był to pierwszy rockowy koncert o bardziej popowym zabarwieniu w moim życiu, ale intensywność doznań była porównywalna z pierwszą wizytą na Metallice. Nie umiem nawet słowami poprawnie opisać emocji, które towarzyszyły temu wydarzeniu. To była po prostu czysta magia. 90 minut czystej, hedonistycznej, radosnej zabawy pod sceną, bez żadnej zbędnej ideologii. Śliczna, nieduża dziewczyna o potężnym głosie śpiewa ładne i energetyczne piosenki, które kopią dupę lepiej niż niejeden tru-ave-sejten andergrandowy zespół metalowy. Rzekłem!

A to dopiero pierwsza część tej opowieści... Teraz nastąpią dwa dni przerwy, podczas której dział się szereg rzeczy, nie nadający się do publicznego opisywania... A potem ruszyliśmy w drogę do Pragi na kolejne spotkanie z najdoskonalszym dziełem Pana Boga. Ale o tym - w kolejnej relacji, za parę dni. Till then!