![]() |
|
|---|---|
Wybrane koncerty :
06.05.2006
19.05.2006
21.07.2006
29.07.2006
25.08.2006
27.08.2006
07.12.2006
03.05.2007
20.07.2007
10.09.2007
|
HEY Nigdy jakoś nie ciągnęło mnie specjalnie do polskiej muzyki. Coś tam się zawsze słyszało w radiu, zobaczyło w telewizji, ale nic ponadto. Raz przypadkiem trafiłem na koncert Zdrowej Wody i nawet było przyjemnie. Taka mieszanka bluesa i rocka, nawet potem kupiłem płytę. Fajnie się tego słuchało, zwłaszcza w samochodzie. Ale bez jakichś specjalnych emocji. W tych wszystkich mainstreamowych polskich zespołach nie pociągało mnie nic, a wręcz odrzucało. Perfect, Lady Pank, Myslovitz itd... W żadnym z zespołów nie mogłem dostrzec niczego nadzwyczajnego. I w sumie nadal tak jest. Byłem już dwukrotnie na koncertach Perfektu i zdania nie zmieniłem. Z jedną małą różnicą. Pojawił się TEN zespół. A raczej to ja go dostrzegłem, bo na scenie muzycznej obecny jest już od prawie 15 lat. Mowa o Heyu. Mój związek z Heyem ma bardzo krótki staż. Wszystko zaczęło się w maju 2006 roku. W rozpisce Juwenaliów znajdował się m.in. właśnie Hey. Pomyślałem, że to dobry moment, by się z nim zaznajomić. Dlaczego akurat ten zespół przykuł moją uwagę, tłumaczę szerzej w relacji z juwenaliowego koncertu we Wrocławiu. Historycznego już dziś dnia 6 maja 2006 byłem na moim pierwszym koncercie. W ciągu kolejnych 3 miesięcy zaliczyłem jeszcze 6. Po prostu połknąłem bakcyla. Spodobało się i to bardzo, więc trzeba było zaznajomić się z dyskografią. Ta się spodobała i to bardzo. Dwa tygodnie później Hey grał na Juwenaliach w Łodzi, a odczuwałem silny głód koncertowy, który postanowiłem jakoś zaspokoić. Hey tego lata grał bardzo dużo plenerów. Najpierw na Juwenaliach, potem na letnich imprezach nad morzem i w całej Polsce. Więc stwierdziłem, że skoro SĄ te koncerty, są w większości darmowe, to dlaczego na nie nie jeździć? Zawsze byłem ciekaw jak to jest jeździć za zespołem i zawsze chciałem tego spróbować. Jednak jeżdżenie za światową gwiazdą jest trochę kosztowne, a dotąd nie było dla mnie artysty polskiego, który byłby tego wart. Zmieniła ten stan rzeczy Kasia Nosowska i Hey. Ktoś mógłby powiedzieć, co jest fajnego w zaliczaniu każdego możliwego koncertu jednego zespołu, zwłaszcza jeśli ów nie żongluje w specjalnie akrobatyczny sposób utworami w repertuarze. Owszem, szkielet setlisty jest zawsze taki sam, ale nie było jeszcze koncertu, na którym nie zostałbym czymś zaskoczony. Na którym nie usłyszałbym przynajmniej jednego jeszcze nie słyszanego przeze mnie utworu na żywo lub nie miała miejsca inna duża niespodzianka. Jak to kiedyś przyznał Marcin, rotacja piosenek w koncertowym repertuarze zachodzi, tyle że powoli. Hey potrafi zaskoczyć, ale może w nieco inny sposób. Poza tym jakoś tak już się dzieje, że każdy koncert jest zupełnie inny. Ma inną atmosferę, zapamiętuje się inne szczegóły, coś innego wypadło lepiej, a coś innego gorzej. Kasia ma raz lepszy humor, raz gorszy i to też nie pozostaje bez znaczenia. Obserwowanie zespołu na scenie jest czynnością fascynującą, bo tam zawsze dzieje się jakaś magia, jest jakaś chemia, panują nad tym wszystkim jakieś emocje, a nie chłodna kalkulacja. Przekaz jest szczery, przynajmniej ja w niego wierzę, ja to kupuję. Po prostu wierzę i ufam Kasi Nosowskiej. Wydaje mi się, że to jest w tej chwili jedna z naprawdę nielicznych autentycznych postaci w polskim, nazwijmy to brzydko, showbusinessie. Nie pchają się wszędzie ze swoja muzyką na siłę, nie ma ich w każdym programie w telewizji, w ogóle ich mało w mediach. A jednak płyty się sprzedają, a ludzie przychodzą na koncerty. Coś w tym jest. Że mi się chce przejechać setki kilometrów, by usłyszeć te same utwory po raz kolejny na żywo. Jednak Hey to nie tylko Kasia Nosowska. Z początku ciężko było mi odróżniać męskie grono w tym zespole, ale ostatecznie się nauczyłem :). Przede wszystkim świetny bas Jacka Chrzanowskiego, który jest jakby głównym motorem wielu kompozycji. W kilku utworach mamy krótkie sola na basie. Zgrany duet sekcyjny Jacek tworzy wraz z Robertem Ligiewiczem, któremu trudno odmówić feelingu i nieprzeciętnej techniki. Ma własny styl i urozmaica utwory wieloma smaczkami. Grywa czasem trochę niestandardowe podziały, np. zupełnie pod prąd w Ja Sowa. Następnie Marcin Żabiełowicz, uzupełniający utwory bardzo dobrymi solówkami. Chociaż kiedyś grywał ich więcej, ale nadal wtyka swoje "4 grosze" do części kompozycji. Fajne jest to, że nie odgrywa tych solówek idealnie na koncercie, w sposób zgodny z wersjami albumowymi, ale trochę je urozmaica, lekko improwizując. No i Paweł Krawczyk, który zajął miejsce Piotrka Banacha - a więc gitarzysta rytmiczny i główny kompozytor piosenek (od płyty [sic!]). Ponoć jest przystojny, tak twierdzą znajome kobiety, ja tam wolę Żabę :). Tzn. Kasię hehe. Nikt z instrumentalistów nie jest wirtuozem, ale nie w tym tkwi siła i magia Heya. Ktoś to kiedyś bardzo trafnie nazwał "kulturą gry". Kompozycje nie są rozbuchane do granic możliwości, tylko po to, by dany riff pojawił się w niej określoną ilość razy, czy żeby moża było umieścić dwie 3-minutowe solówki. Mistrzowskie w Heyu są aranżacje - skromne, ale niesamowicie hmm zgrabne, wyważone.. Pełne treści. Utwory trwają dokładnie tyle ile powinny, są dynamiczne, nie nudzą się. Doskonałym przykładem na taką typową Heyową aranżację z najwyższej półki jest chociażby utwór O Drugim Policzku z płyty Ho (1994). Fajny riff, świetny "pulsujący" bas w refrenie, zmiany dynamiki zrobione z wyjątkowym wyczuciem, fajne acz zwięzłe solo i genialne, stopniowane pod kątem agresji wokalizy po drugim refrenie. Poszczególnymi utworami Heya mógłbym się jeszcze długo zachwycać, ale nie miejsce i czas na to. Dodam jeszcze, że uważam, iż ten zespół nie nagrał złej płyty. Nie jestem jakimś zagorzałym fanem "starego" albo "nowego" Heya. Hey to Hey - zmienia się, bo stagnacja nie jest dobra, zwłaszcza w muzyce. Nie boi się eksperymentów i ryzyka. No i mają w swoim dorobku dzieło bez słabego punktu. Niewielu wykonawcom udaje się nagrać takie płyty. W moim mniemaniu Ho taką właśnie płytą jest. Bez słabego punktu, dopracowaną do granic możliwości. A euforycznie gloryfikowana Fire wcale nie jest taka rewelacyjna, przede wszystkim jest bardzo nierówna, nie mówiąc już o fatalnym brzmieniu. Ale o tym może też innym razem... Dotąd zaliczone: 06.05.2006 Wrocław
|